sheeple need a shepherd. sheep person is me

maybe the way to take advantage of my current inability to identify with my past is by trying to make sense of it. the less attached i am to my past feelings and experiences, the lower the stakes, the easier it is to disengage and stay somewhat objective.

and when i do that, certain patterns start to emerge. regarding my temperament, interests, attitudes to relationships. and things start to kind of fall into place.

take my apparent inability to take care of myself, and utter helplessness in the face of adversity, real or perceived. i’m dependent, im avoidant, and i refuse to take responsibility for myself. i shift the blame without meaning to; i simply feel so powerless that the idea of being held accountable doesn’t seem to apply. if i’m not in the position to fix anything, i can’t break or ruin anything, either.

i always expect other people to take charge. the only time it doesn’t happen is the rare instance i believe, often wrongly, that im the more competent person / better equipped to deal with a certain issue. and if they don’t take charge, at the very least they must tell me specifically what it is that they want me to do, or else i will languish in uncertainty indefinitely.

it frequently happens with my job, even when i do receive clear instructions. well, clear to-do lists; the execution is left up to me, and i find that intolerable. so incapable am i of planning out my process, and so insecure in my ability to distinguish between the optimal way to accomplish a task and the countless dead-ends, that i get overwhelmed and kind of just give up, or start doing something else entirely. (Do i need to point out that it also happened with my BA?)

welllll….. told ya. this blog is your guide to (my) stupidity. what can i say, im a dumb bitch, i cant help it. Ugh, anyway. The question is, do I like being easily manipulated, and is there anything I can do to compensate for it and/or minimize the effect it has on my life. or can i atleast affiliate myself with people whose overall influence on my life is going to be positive.

except that would require some goal-oriented behavior on my part…

of course i can’t really increase the processing speed of my brain, or its operational memory or whatever. but there must be some skills i can learn to make up for that.

or that’s what i need to believe… :/

asymmetry

I’ll definitely continue writing predominantly in English. It’s an invaluable therapeutic exercise that allows me to explore uncomfortable topics in a safe context, not to mention it’s pretty much the only opportunity i get to use & practise english in my day-to-day life.

It never ceases to amaze me how much people talk about themselves. I don’t at all mean it in a bad way… I just never noticed it before. They talk about what they did, what they’re going to do, what they like to do, what happened to them, the new album that came out that they’re so happy about… they’re just never short of ideas.

It’s actually one of my favorite things to do is to listen to people talk about subjects they are passionate about, and to share in their enthusiasm and enjoyment. I don’t know why it has always felt so wrong for me to talk about things that I am interested in. For as long as I can remember, whenever someone asked me what I had been up to, my go-to response would be, oh, you know, nothing much…

yes, it’s true that most of the time i am up to nothing in particular. But even when that’s not the case, i always kind of just assume that whatever I’m doing, the other person is going to find exceedingly, mind-numbingly dull. i’m perpetually confused as to why anybody would be truly interested in my opinions or activities, and it always feels like theyre just being polite or humoring me out of pity.

of course on many occasions i have done quite the same thing, listening to people talk about topics i knew next to nothing about or wasn’t in the least interested in, just to make them feel good about themselves, and that in and of itself felt rewarding to me.

i like the concept of people putting up with eachothers shit in theory, i simply don’t believe it applies to me specifically. i don’t expect other people to be flawless or endlessly entertaining, it’s my own imperfections that are unacceptable. i can understand that everyone else is sometimes funny and sometimes tedious; but i honestly find the idea of bothering someone with my presence, or them finding me boring or annoying, abhorrent and excruciating. which is not to say that it doesnt happen; in fact im positive it happens all the time. the difference is, it’s less because of what i do and more because of what i fail to do. In other words, they can just up and leave.

my default position has always been to expect them to leave, and i am always eternally grateful to every person who, for reasons unclear to me, decides to stay and listen. …But yet I still expect them to leave at some point. it’s not a matter of if, it’s a matter of when they have simply had enough. and i really wouldn’t blame them, either; i would probably encourage them, and ask whatever caused them to give me a chance in the first place. some kind of oversight or a momentary lapse of judgment, surely, and then they just didn’t know how to extricate themselves from the relationship without hurting my feelings.

i try to be as unobtrusive as possible, but when i cannot contain myself any longer it comes off as obnoxious or over the top. alternatively i turn into this self-righteous killjoy because im just too self-conscious to join in to whatever fun people are having.

I was re-reading what i’ve written so far, and when i got to the passage about “people putting up with each other’s shit” it felt like new information. Really strange. Like, i know it happens. I do it constantly. But the thought of someone finding a flaw in me and not rejecting me right then and there???? Wild. My friendships are always like, I’m so sorry you have to endure this, is there anything i can do to make the experience any less miserable? if you decide to leave ill understand, just tell me when. Also, thank you for being so kind and patient and trying to fix me even though that’s impossible, I appreciate the effort. i mean i dunno why you’re still here, you can go, im sure you have better things to do than to listen to me go on like that… But enough about me, tell me how you have been!

I’m not saying that that’s the way every individual interaction goes, but I’m always vaguely uneasy when it doesn’t.

at the same time, however, i must admit it’s such a relief. liberating. empowering. …to… own the spotlight for once, and not care about how im going to be received. to indulge my own feelings, my own talkativeness, rather than somebody else’s. therapy’s like that, too: it’s a foreign feeling for me to be listened to, understood, accepted, and for me to not feel guilty about it. i mean i still do. i still feel like im wasting their time. but they validate me. and reassure me. and encourage to keep going.

I think I will.

reclaiming Polish

Powoli skłaniam się ku twierdzeniu, że moje pisanie po angielsku zawsze służyło po pierwsze zdystansowaniu się od własnych uczuć.

Zaczęło się to jeszcze w okolicach gimnazjum, pierwotnie dlatego że chciałam poćwiczyć pisanie w języku obcym; szybko jednak przerodziło się w sposób na zapewnienie, że rodzice nigdy nie dowiedzą się co mi siedzi w głowie. Nie ufałam że poszanowaliby moją prywatność jeśli znaleźliby mój pamiętnik. Ta ewentualność wywoływała u mnie lęk, wstyd, a co za tym idzie, chęć zamaskowania swoich przemyśleń pod pozorem ćwiczenia glottodydaktycznego.

Miałam być szczęśliwym dzieckiem. Wolałam nie myśleć co by było, gdyby moja mama dowiedziała się, że doświadczam jakichkolwiek negatywnych emocji. Przeczuwałam że miałaby mi to za złe i wzięłaby to do siebie, co z kolei mogło się różnie skończyć. Tak bałam się odrzucenia, że nie pozwalałam sobie na uczucia, które uznawałam za niewłaściwe lub potencjalnie przykre dla innych. Od tamtej pory już zawsze pisałam po angielsku i zdążyłam tak się do tego przyzwyczaić, że wydaje mi się to zupełnie normalne i oczywiste.

Samo pisanie to nic — mi nawet w myśli i w mowie angielski przychodzi dużo bardziej naturalnie niż poprawna polszczyzna. Jest to o tyle niefortunne, że żyję gdzie żyję i nie zawsze mogę być pewna że mój rozmówca zrozumie, kiedy wtrącę jakiś potoczny anglicyzm. Nie mówiąc już o tym, że mój angielski może i nie jest zły, ale daleko mu do doskonałości. Ograniczony zasób słownictwa to jedno; będzie on taki zawsze nawet w języku rodzimym.

Co gorsza nie mam tej samej głębokiej, organicznej więzi z angielskimi słowami. Kiedyś na zajęciach omawialiśmy autobiografię Evy Hoffman, która w wieku 13 lat wyjechała z Krakowa do Stanów. Pisała o frustracji wiążącej się z wyrażaniem siebie w języku obcym: nawet jak opanujesz go do perfekcji, trudno w nim o tę samą spontaniczność i autentyczność. Słowa nie wywołują tych samych skojarzeń, emocji, dosłownie biorą się z innych procesów w mózgu.

Dlaczego zatem ja sama narzuciłam sobie takie arbitralne ograniczenie? Mam trzy hipotezy. Mniej boli. Mogę poruszyć mniej tematów i przekazać mniej treści, co ułatwia wypieranie niepożądanych myśli (o tym później). I… chyba nie chcę być zrozumiana???

Jakiś czas temu któregoś dnia coś mi odbiło i zaczęłam mówić do swoich znajomych w pracy po angielsku. Oni rozumieli mnie piąte przez dziesiąte, a ja zawzięcie kontynuowałam swój monolog przez następne pół godziny. Nie, nie szukałam z ich strony potwierdzenia swoich umiejętności… z tego na szczęście wyrosłam. Nie wiedziałam dlaczego właściwie to robię, po prostu jakoś tak wyszło.

Mówiłam dalej, bo ich brak zrozumienia w zasadzie był optymalny. Zwróciłam na siebie uwagę w sposób może dziecinny, ale skuteczny. Mogłam mówić o sobie, w nieskończoność, praktycznie na każdy temat, a jednocześnie wiedziałam że i tak mnie nie zrozumieją. Nie ocenią. … nie odrzucą.

Nie wiedzieli o co mi chodzi ani nie mogli nijak się do tego odnieść, co wywołało niemałą niezręczność i konsternację. Z ich strony… tak dla odmiany. A ja byłam… inna. Mniej sztywna. Usprawiedliwiałam to tym że “to nie byłam ja”. Oczywiście byłam, ale… once removed.

(Swoją drogą ten mały “eksperyment” nieźle demonstruje jak ja sama zwykle czuję się w towarzystwie. To znaczy tak, jakby wszyscy poza mną płynnie i z łatwością posługiwali się językiem, w którym ja tylko dukam. Niewiele do mnie dociera, a sama też nie mogę się wysłowić.)

Jak mogłabym nie mieć problemów z komunikacją interpersonalną, skoro komunikacja intrapersonalna tak u mnie kuleje? Mogę chłodno opisać niektóre swoje odczucia, ale niestety na tym zawsze się kończy. Mam do nich taki dystans, jakby chodziło o kogoś innego a nie o mnie.

Zresztą myślenie po angielsku to tylko połowa “sukcesu”, a im dłużej to robię tym mniej jest skuteczne. Bardziej niezawodna jest najzwyklejsza w świecie autocenzura.

Jest trochę myślenia magicznego w moim postrzeganiu własnych procesów poznawczych. Mam wiele upierdliwych naleciałości z religii, i jedną z nich jest uparcie towarzyszące mi przeświadczenie, że można “zgrzeszyć myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Zgrzeszyć. Myślą. Jak gdyby myśli miały jakąś moc sprawczą i z automatu czyniły cię złą osobą. Ahhh… złą. Tyle założeń i generalizacji w jednym króciutkim akapicie.

Są rzeczy, o których po prostu nie myślę. Za bardzo boję się, że doprowadziłoby to do katastrofy. ??? Nie pytajcie co mam na myśli, przecież mówię że o tym nie myślę.

Wiem natomiast (oczywiście dopiero teraz), że takie unikanie trudnych tematów nie rozwiązuje problemów, tylko je pogłębia. Zrozumiałam to na przykładzie — czego? jak nie swoich studiów. Normalny etap edukacji, i życia w ogóle, urósł w mojej głowie do rozmiarów tak niewyobrażalnie przytłaczających, że obecnie zdaje się niewykonalny.

Chuj z tym. Mam dosyć. Koniec unikania.

"ja" w czasie

Tak trudno mi wziąć się w garść chyba dlatego, że dotąd żyłam w błogiej (?) nieświadomości. Nie widziałam siebie jako samostanowiącej, samowystarczalnej jednostki, tylko jako wyraz przyrody — prymitywnej, niepojętej i nieokiełznanej.

Nie wykształciłam własnej tożsamości bo nigdy nie patrzyłam na siebie w kategoriach podmiotu; nie próbowałam wywierać realnego wpływu na swoje życie bo nie czułam żebym miała nad nim jakąkolwiek kontrolę; zawsze byłam tylko przedmiotem oddziaływania różnorakich czynników zewnętrznych.

Życie pełne jest ludzi i zdarzeń które cię zmieniają. Ale jak pozwolisz otoczeniu w pełni regulować twoje zachowanie, to rodzi się pewien problem kiedy w końcu stracisz kontakt z ludźmi których mogłabyś naśladować albo odejdziesz z grupy która dotąd nadawała kierunek twojemu życiu, takiej jak szkoła.

Jestem konformistką nie tylko z bezmyślności, ale też ze strachu i niezdecydowania. Zawsze szłam po linii najmniejszego oporu, obierając ścieżki najbardziej oczywiste, wymagające ode mnie najmniej inwencji twórczej czy samozaparcia. To podejście nawet się sprawdza… do czasu. Dopóki nie zorientujesz się, że sama sobie jesteś winna że musisz napisać licencjat na temat, którego nie znosisz, na studiach do których nie jesteś w stu procentach przekonana.

A moja impulsywność i brak samokontroli? Na pierwszy rzut oka świadczą o tym, że nie potrafię planować, przewidzieć konsekwencji swoich działań, uczyć się na błędach, ani odraczać gratyfikacji. No… wszystko to prawda. Ale nie cała.

Wiem przecież że przyszłość nadejdzie. Wiem nawet że mam na nią (jakiś) wpływ. Ale… właśnie to mnie przeraża. Mój zalękniony mózg przyjmuje do wiadomości tylko najgorsze możliwe scenariusze, więc wolę w ogóle nie dopuszczać do siebie myśli o czekających mnie zmianach, decyzjach czy bolesnych przeżyciach.

Tylko że wypychając ze świadomości przyszłość, tracę jednocześnie resztki motywacji do działania na własną korzyść w teraźniejszości.

Jak tak o tym myślę, to to utrudnia nawet rzeczy mające w teorii sprawiać przyjemność, choćby nie wiem jak trywialne. O ile nigdy nie miałam problemu z czytaniem lektur w terminie, bo był to cel (a raczej obowiązek) narzucony mi “odgórnie”, to zliczyć bym nie mogła wszystkich książek, filmów, seriali, które zaczęłam i przerwałam w połowie bo — ??? — bynajmniej nie dlatego że mi się nie podobały, ani też z braku czasu.

Nie cierpię swojego lenistwa i braku inicjatywy. Są one tym bardziej frustrujące, że w istocie mam parę pomysłów na to co mogłabym zrobić ze swoim czasem. Tylko że nie potrafię zwizualizować sobie pozytywnych konsekwencji działań które mogłabym podjąć nawet teraz, zaraz.

Wracając do tego o czym pisałam na początku — trudno mi się “pozbierać”, bo… nie bardzo jest co. Niewiele w moim życiu jest stałe. Powtarzalne, owszem, i to aż do bólu; jak już znajdę sobie jakąś etykietkę to (przez jakiś czas) wałkuję ją do znudzenia. Ale same etykietki przybieram bardzo powierzchownie, i rzadko z jakimś głębszym przekonaniem o ich słuszności czy nawet trafności.

A że nigdy nie przyswoiłam sobie żadnych nadrzędnych wartości innych niż religia — którą przecież dawno porzuciłam — ani nie nauczyłam się myśleć, decydować, działać samodzielnie — to po zredukowaniu szkodliwych przekonań i przyzwyczajeń nie zostaną mi żadne korzystne nawyki czy pasje, które niezmiennie podnosiłyby mnie na duchu, do których mogłabym wrócić jak już będę gotowa. Innymi słowy — naprawdę nie wiem kim jestem.

Trzeba przyznać że mam spore problemy z myśleniem abstrakcyjnym i jestem twardo osadzona w konkretach teraźniejszości. To wcale nie wyklucza tkwienia w przeszłości… wręcz przeciwnie: przeszłość jako taka po prostu nie istnieje, bo ona dla mnie wciąż trwa i wywiera na mnie znaczący wpływ. Jestem do niej tak przywiązana, że nie pozwalam jej minąć… ale jako że jest ona niezaprzeczalnie abstrakcyjna, to już nie mogę jej przepracować.

Co się zaś tyczy przyszłości — boję się jej wcale nie dlatego że jakieś realne przesłanki każą mi wnioskować że będzie ona fatalna — ani też na podstawie doświadczenia, bo jak do tej pory moje życie właściwie zawsze okazywało się dużo mniej straszne niż je sobie wyobrażałam — a wyłącznie dlatego, że z natury jestem straszną pesymistką i panikarą. “Prawdziwa” przyszłość jest nieprzewidywalna, więc konkretyzuję i oswajam ją sobie przygotowując się na najgorszą ewentualność.

Nic więc dziwnego że nie mam prawdziwej tożsamości, skoro zawsze opierała się ona na akceptowaniu tego co mi się przytrafiało. Nie mogę jej odbudować, bo nigdy jej nie zbudowałam

Limbo

i’ve lost touch with the person i used to be. my past seems distant, abstract, and fragmented. all my behaviors seem vaguely justifiable yet completely unrelated, like there’s no continuity between individual events. I can only superficially connect back to the various ways I have felt in the past.

the closest i could come to figuring out why… was that all my life, hardly anything i ever did was genuine. that might be why it’s so easy to disconnect from my past: i was never actively living it the moment it was happening. that’s facile, of course, saying that it hasn’t been me all this time. obviously it has. only a very … smothered … version of myself.

I can intentionally do things for intellectual reasons. but I do most things for emotional reasons, and these are always unintentional. the reason being, if I get rejected or criticized, at least it’s not an authentic expression of my true self that’s getting criticized. in the same vein, it’s sort of comforting to know that i could be trying harder, putting in more effort… i simply choose not to, but there’s options. room for improvement.

because what if i did my best and still failed miserably?

i don’t think it’s as simple as a basic fear of failure though. there must be an element of confused identity. i always did whatever was expected of me, no more, no less; i followed instructions, i stubbornly stuck to the scenario that i had imagined for myself long ago based on what people told me. but a part of me must have remained non-committal about the whole thing, almost like i was only this compliant out of debilitating fear and self-doubt.

maybe it had to come to this: maybe i had to feel like the biggest disappointment on the face of the earth only to realize that I … don’t … actually … care. maybe that’s what it took for me to come into my own and develop some independence at last.

and maybe my memory is so resistant because it won’t accept anything less than ME. i remember happy times. i remember my friends, the trips i took, parts of high school and uni. I remember Canterbury. what i don’t remember is all the rest; life “happening to me”.

i’m not saying my life needs to be driven by some overarching goal or theme; quite the opposite, i want to be more spontaneous. but that’s the thing, whatever i do i want it to be my decision, dictated more by my needs than by external factors.

you don’t necessarily need a road map in order to develop a coherent narrative of your life. you just need to stop trying to go in all directions at once, and go instead where you really want to go.

i just need to figure out where that is…

Realistic Change

day by day, i’m peeling off layer after layer of my most basic assumptions about myself. i feel like what little i used to have in the way of a personality or a sense of “wholeness” has completely disintegrated. but maybe it’s for the best?

when i look in the mirror, i don’t see the same person i was last August. furthermore, it’s hard for me to think back to a time when i was drug-naive. because the meds opened my eyes to things i would otherwise never have realized on my own — but once i have, there’s no going back to how things were.

before, i was just impulsive. now, i can see the potential for healthy spontaneity and deliberation — even if i can’t yet execute them perfectly. before, my eating pattern was the problem. now, i see it for what it is: just one among many expressions of my impulsivity, and an attempt to ground myself firmly in the present instead of dealing with my problems.

i know i keep talking about drugs. but that’s only because of how transformative they have been to my self-perception. in ways not always positive, but mostly productive. ive been on medication for so long, it’s become my new normal. i’ve adjusted, more or less returned to baseline, and started taking this peace of mind for granted. but things will never be the same, even after i taper off.

i honestly can’t begin to comprehend how so many people can be so matter-of-fact about taking medication. it’s like, no, you don’t understand, i now feel like a whole new person! not because i behave differently, but because i perceive my own behavior in a different light. and im less attached to it; i see more potential for flexibility. it would not be an overstatement to say that i will probably forever see my life as divided into the pre- and post-ssri eras.

the first day was a revelation, in the most literal sense possible. it was like waking up in somebody else’s body. i’ll freely admit that i might not be thinking clearly right now. but it’s nothing compared to the thick, opaque, syrupy fog that i had lived in all my life. i was a child stuck in a young adult’s body.

you could argue that i might have achieved some self-awareness without pharmacological treatment, because i was simply ready to be honest with myself. even if that’s true, the meds make it that much easier and less painful & scary. but i highly doubt i could have.

the medication isn’t the only thing though. even just seeing somebody and talking about myself, just myself, sort of in the third person, where i can be concerned about my own wellbeing and kind of own all my fears, but also hopes. even just being open right here. validating my own existence. it has all made a world of difference.

the pills don’t have magical powers; they don’t alter your personality, making you into something you’re not. ha! i wish that were possible. but there’s no pill in this world that could make me into what i think i “should” be. and besides, therapy doesn’t have to be about “change”; it can be about acceptance through understanding, and about learning to play the hand that you’ve been dealt.

what the meds do is they make you … notice. because of the contrast. what i’m saying is, i always knew i was anxious, for example. but i had absolutely no idea just how anxious i was truly am. and this is not a value judgment, by the way, im not saying that anxiety is inherently bad, necessarily. but it can be a pain in the ass.

yes, the first words that come to mind when i try to describe the effect that antidepressants have on me are still “numb” / “dull”. but a certain degree of numbness can be invaluable to someone who has thus far felt everything, all the time, and they didn’t even know it.

i have a limited vocabulary for describing my internal states, but at least now i know when something is happening. it may sound odd, but i used to be completely oblivious to my emotions, how, or that they affected my behavior.

i had a general idea of some of my problems (though it is a bit intimidating to consider what i might still not know that i dont yet know about myself lol). but i couldn’t point to specific instances of when they tended to crop up. i had no clue the extent to which they permeated all areas of my life.

but in order to combat a problem, you need to be able to identify it. that in and of itself seemed unfathomable to me. firstly, i was too caught up in my own feelings, and secondly, i was too insecure. it made it impossible for me to admit to my weaknesses, never mind analyze & try to overcome them.

what’s a bit overwhelming about having more clarity is that i’m more aware of how i’m acting in the moment, and all the other ways i could theoretically act instead. i say theoretically because just realizing that other people in your situation would act differently doesn’t automatically mean that you can actually act any different. you are, after all, still you. i am indeed still me, and i still have trouble translating knowledge into action.

im also kind of confused as to what approach i should adopt. i can (sometimes) tell when im being defensive, or impulsive, or even lazy. but because i have a very narrow repertoire of communicative strategies, i will usually stick to what i know best. i simply don’t know what would work best, or even what “best” means for me; what would help me accomplish my goals, because i don’t have any (or if i do, i dunno what they are!).

one thing that truly bothers me is that i feel “normal, only better”, and at the same time i can’t recognize myself. and the longer i stay in this inbetween state without anyone to guide me through genuine, lasting change, the more likely it is that my newly developed yet equally unhealthy patterns will once again crystallize, and for good this time. and what’s going to happen when i eventually do go off the medication? it was supposed to be a stepping stone. something to help me during a particularly tough transitional period. but what if, in a month, or half a year, or two years, still nothing has changed?

i may be numb, but i’m still apprehensive :/

angielski to tarcza, więc proszę

mam pewne obawy, że CBT będzie dla mnie zbyt krótkoterminowa. przeraża mnie perspektywa rozwiązania w ciągu dziesięciu godzinnych sesji problemów, z którymi zmagałam się całe życie. o ile w takich ramach czasowych łatwo wziąć na celownik główne problematyczne zachowania, trudniej może być zmierzyć się z tymi mniej oczywistymi, chociaż równie przykrymi.

nie uważam terapii kognitywno-behawioralnej za rozwiązanie powierzchowne czy doraźne. wiem że jest skuteczna w leczeniu wielu jasno zdefiniowanych problemów, takich jak depresja czy zaburzenia odżywiania — problemów które w danym momencie w stosunkowo ściśle określony sposób wpływają na funkcjonowanie jednostki.

odnoszę jednak wrażenie, że taka terapia musi budować na jakichś fundamentach. na szczątkowym chociażby poczuciu tożsamości, własnej wartości, sensu i celu życia, chociażby nie były one widoczne na pierwszy rzut oka w momencie rozpoczynania leczenia. kiedyś gdzieś musiały być ich co najmniej śladowe ilości, trzeba je tylko sobie przypomnieć, wzmocnić i wyćwiczyć.

problemy z którymi ja muszę się rozprawić wymykają się definicjom, nie mówiąc już o tym, że mimo potwierdzenia ze strony osób wykwalifikowanych do wyrażenia zdania na ten temat, wciąż nie jestem do końca przekonana o ich istnieniu. lub raczej — z gruntu nie jestem skłonna patrzeć na nie jako na “chorobę” którą można by “uleczyć”.

wciąż jestem zdania że mam po prostu niezliczoną ilość wad — najgorszymi z których pozostają, faktycznie graniczące z patologią, lenistwo, bierność i ciągłe użalanie się nad sobą — a żadnych zalet którymi mogłabym “nadrobić”. co więcej, sceptyczna względem opinii specjalistów jestem z tego względu, że skoro sama sobie nie wierzę i wydaje mi się że tylko szukam wymówek, to jak mogę ufać osądom ludzi którzy wiedzą tylko to, co ja sama im powiem? oni mogą mieć najwyższe kompetencje i najlepsze nawet intencje, ale co jeśli działają na błędnych przesłankach napływających od osoby, której głównym celem jest wywołanie w nich współczucia, i mniej lub bardziej świadomie dąży ona do tego każdym swoim zachowaniem, słowem i spojrzeniem?

jeżeli czegoś mnie to nauczy, to tego że tylko ja mogę realnie cokolwiek zmienić w swoim życiu. ale martwi mnie że o ile mogę próbować wyplenić najbardziej rażące przejawy pasożytnictwa czy zawiści, to z samymi cechami nie dam sobie rady póki nie będę wiedziała skąd się one u mnie wzięły.

zapewne sam ten pociąg do podejścia psychodynamicznego i nierealistyczną potrzebę “zmiany” i wyzbycia się “złych” uczuć dałoby się zredukować poprzez CBT. ale coś czuję że aby w podobny sposób rozwiązać wszystkie moje problemy, musiałabym poświęcić na tę terapię pół życia (co przecież mija się z celem): zdekonstruować całą swoją osobowość i stworzyć zgoła nowe spojrzenie na życie. nie wiem zresztą jak miałoby się to do zdrowej spontaniczności, bo im więcej zmienię, tym bardziej będę się czuła jak zaprogramowany robot.

wątpię w każdym razie, żeby takie pragmatyczne podejście działało na głębsze, uwarunkowane prawdopodobnie genetycznie, cechy takie jak impulsywność czy myślenie dychotomiczne. nawet moja tendencja do odcinania się od innych jest nieadaptacyjnym przejawem introwertycznej osobowości. większość moich wad znajduje ujście w tego typu niekorzystnych zachowaniach, bo nie jestem świadoma ani swoich skłonności, ani czynników które je wyzwalają: rządzą mną emocje, z których istnienia nie zdaję sobie sprawy, których nie mogę nazwać ani nijak okiełznać.

leki pomagają zwłaszcza w dwóch obszarach: redukują uciążliwy objaw neurotyczności, jakim jest przewaga negatywnych uczuć w moim życiu codziennym, i nieco zwiększają świadomość ciągów przyczynowo-skutkowych wiążących wydarzenia z reakcjami na nie, i odwrotnie, działania z ich konsekwencjami. ale sam wgląd nie wystarcza żeby zmodyfikować zachowanie.

poprawa jaka dokonała się przez ostatnich kilka miesięcy tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że sama z siebie jestem zdolna do bardzo ograniczonego postępu, a wszelkie pozytywne zmiany jakie kiedykolwiek następują w moim życiu są tylko desperackimi próbami udawania szczęścia i równowagi psychicznej. prędzej czy później zawsze wracam do rozchwianej, rozsypanej atrapy człowieka jaką czuję się obecnie.

co więcej, chociaż myślę o tym od jakiegoś miesiąca, wciąż nie potrafię wyobrazić sobie co właściwie miałoby stanowić “postęp” w kontekście mojej terapii ani do czego miałabym zmierzać, bo nie ma żadnego konkretnego celu jaki chciałabym osiągnąć. owszem, muszę w końcu napisać pracę licencjacką, ale to mogłabym zrobić nawet teraz. prawda jest taka, że to nie może być cel sam w sobie, bo gdyby wszystko było ze mną w porządku, to przyszłoby mi to naturalnie, bez większych problemów, a może nawet z przyjemnością.

moja dotychczasowa fasada runęła — symbolicznie ale ostatecznie — kiedy przyjęłam do wiadomości że mogę zachorować na cukrzycę. wtedy zrozumiałam, że nie mogę niczego oczekiwać od życia, a najważniejsze to nauczyć się dostosowywać do okoliczności. co więcej, wtedy dopiero przestałam przed samą sobą udawać że może wszystko się samo ułoży i dotarło do mnie, że to ja muszę podjąć bardzo konkretne działania żeby nieco skorygować kurs jaki obrało moje życie.

jestem w połowie drogi do trzydziestki … ale chyba tak kompletnie pozbawiona nadziei, że odczuwam z tego powodu mniejszy niż dotąd wstyd, frustrację niespełnionymi ambicjami, czy poczucie winy za niewykorzystany potencjał. prawdę powiedziawszy guzik mnie obchodzi że (czy) “gdybym się postarała” to mogłabym to czy tamto.

mój potencjał zawsze był mocno ograniczony a samozaparcie znikome, więc z czasem nauczyłam się zadowalać doświadczaniem życia w trzeciej osobie: z książek, filmów, Instagrama, opowieści znajomych. w jakimś wąskim sensie “doświadczyłam” w ten sposób bardzo wielu rzeczy, mimo że moje własne życie było ubogie w urozmaicenia.

skądinąd mogło się to przyczynić do przeżywanego przeze mnie “kryzysu wieku średniego”: tak bez reszty angażuję się w przeżycia innych osób (czy to prawdziwych czy wymyślonych), że czuję się trochę tak, jakbym przeżyła życie w przyspieszonym tempie. mogłam też nabrać zbyt dużo nieustrukturyzowanego dystansu do życia (bynajmniej nie siebie lmao), bo jak rozważysz wszystkie teoretyczne możliwości, to ograniczanie się do jednego kierunku obranego w praktyce trochę traci swój urok. oczywiście że w rezultacie tkwisz nie doświadczając naprawdę niczego, ale strach przed tą nieskończonością wyborów i jednoczesną ostatecznością decyzji którą podejmiesz jest paraliżujący.

niezmienna jest tylko pustka.

un-conscientious

Disclaimer: although this post is based off of a video on OCPD, it is not itself a discussion of the disorder, so if that’s what you’re interested in reading about, you can move on 😀

Also, i might edit & update this post at some point.

6:28 OCPD & the five factor model

Dr. Todd Grande, whose channel I spend a little too much time watching & can highly recommend, recently uploaded this video about obsessive-compulsive personality disorder.

Transcript of the relevant portion of the video (my post begins on the next page):

Now looking at the personality characteristics associated with this disorder. I like to look at personality using the five factor model of personality theory. I remember the traits in the five factor model through the acronym OCEAN: Openness to experience, Conscientiousness, Extraversion, Agreeableness, and Neuroticism.

I’m actually gonna start here with conscientiousness, because that’s the personality trait that we think of, initially, as being the most related to OCPD, having the strongest association. So conscientiousness describes individuals who are industrious, reliable, self-disciplined, and ordered. There are six facets of this personality trait: Competence, Order, Dutifulness, Achievement striving, Self-discipline, and Deliberation.

Now, again, a lot of people look at this and say, OCPD must be related to conscientiousness, it seems like an obvious connection. But the findings in the research are actually… not as clear as that. Self-report measures of OCPD show large positive correlations with conscientiousness. So what this means is, when people have the disorder, they tend to rate themselves as highly conscientious.

But here’s where it gets tricky: interview-based measures of OCPD — so these would be when people are observing other people who have OCPD — these show a non-significant relationship. So outside observers see OCPD differently than people who have the disorder. So we see really little evidence of a relationship between OCPD and conscientiousness at the trait level.

But we really have to look beyond the general trait. The real story in this relationship is in the facets that I talked about before. Now, self-discipline, competence, and order are negatively correlated with OCPD, and the disorder is unrelated to deliberation and dutifulness. But it has a positive relationship with achievement-striving. So what might be happening here is that people are seeing a lot of achievement-striving, and perhaps forgetting that there’s much more to conscientiousness than just that one facet. People tend to equate achievement striving with the overall trait of conscientiousness.

So that covers conscientiousness, but what about the other traits I mentioned before, the other four traits in the five factor model. Well, we see, really, an unclear relationship with openness to experience, it seems like there is a negative correlation with the fantasy facet, but other than that it’s really not clear.

In terms of extraversion, there’s an overall negative correlation, but again, the facets are important: we see that the disorder is negatively associated with warmth, gregariousness and positive emotions. So people with this disorder would not tend to be friendly, not tend to be outgoing, and probably not have a lot of positive feelings. OCPD has no relationship with assertiveness, activity, or excitement-seeking. Right, so again, the facet-level detail is important to understand the relationship.

In terms of agreeableness, we do see a negative relationship here, so people with this disorder tend to be disagreeable and antagonistic. They have low trust of others, for example.

Now in terms of neuroticism, we see a positive relationship, especially in the facet of angry hostility. Now, this really isn’t that surprising, as high neuroticism is associated with all of the Cluster C personality disorders, and for that matter, it’s associated with all of the Cluster B personality disorders, as well.

So going back for a moment to the conscientiousness trait — this is the one that kind of surprises people, that relationship surprises people — so here’s what this kinda means, from the research findings, with conscientiousness: high-conscientiousness people are competent and self-controlled. They can handle situations and get the job done.

Individuals with OCPD are perfectionistic: their need for order and regulation is excessive. So it seems like it aligns with conscientiousness again, but it may actually interfere with other behaviors that would be part of conscientiousness.

So this reminds me of the phrase “perfect is the enemy of good”: the paradox here is that if somebody is too conscientious, they stop functioning in a conscientious manner. So individuals with OCPD tend to be ineffective at making decisions, and they have difficulty completing tasks. So when we look at the behavior, it does appear to be differentiated from conscientiousness; we have that overlap with achievement striving, but other than that, the two constructs really seem to diverge.

s c a t t e r brained

it’s been difficult to finish a post lately. you have no idea the number of drafts that are piling up on my account (and in my head). but its hard to maintain the internal logic and continuity of individual sentences, never mind the essays that i usually write. and its not for lack of trying… it’s more like there is so so much id like to discuss, it’s overwhelming. not because i cant decide between topics, but because they are so interconnected.

if i were to eloquently express my feelings on any one topic, that would lead to more digressions than i have time for, each calling for an elaborate backstory, disclaimer, footnote, parenthesis, and reference.

i don’t know how to prioritize.

but i think that the theme of all the changes ive been noticing is that im becoming increasingly… self-aware i think is the word. in an odd, detached, emotionless way. but my problem is, you can only get so meta — especially on your own. though of course it just seems like im in the same place i was when i started out. this time around,

i’m painfully aware of the emptiness i feel when im alone. this is why it takes me ages to string together a single complete sentence: when i start to think, really think, about my thoughts, behaviors, motivations — when i break my self down to a bunch of psychological constructs and analyze them (to the best of my ability, of course) — it seems abundantly clear that i have very few inherent qualities.

meaning, there are few things i could say about myself that i could have any degree of certainty would remain relatively constant over time & place. does that make sense? but these statements can’t both be true simultaneously: i cant be stubborn & narrow-minded and also mimic the beliefs and opinions of everyone around me at the same time … can i ?

im kind of angry. i had this conversation a while back with a friend of mine, and he compared my making someone else gain a level of insight about their poor mental health to giving a blind person a knife for them to slice some bread with. i came up with an analogy that to me seemed better suited to the situation: explaining to a short-sighted person unsuccessfully trying to slice bread with a spoon … that they need to get a pair of glasses.

lets move away from the analogies because neither of them works perfectly well, but that’s not the point. they are both pretty pessimistic. and ye. what i tried to do to (for?) someone else, i also did to myself: i thought. i thought, and i thought, and i guess i myself realized after a while that i must be doing something wrong. except i can’t just have my bread sliced for me, nor can i have my eye defect fixed with a simple prescription from the opthalmologist.

i went down the rabbit hole hoping to find some answers, or at least reassurance. what i got instead was more questions that only further fueled my self-doubt.

this is the first time i have ever lived not just with a suspicion but with the knowledge that i’m not fully well. and what happened was, it became just one more thing to build my identity around: living from appointment to appointment, reading books and articles on the subject, putting my life on hold until i “recover”. and explaining away all my flaws and mistakes with a single resonant acronym.

but in all honesty, it is too much.

because before, i could, in a way, live in the moment. life seemed unpredictable and at times even satisfying. but now… in retrospect, everything that happened seems much less random. and if that inevitability is true of the past, it must be equally true of the present & future.

i’m angry because,,,

the truth about me would have remained true whether i found it out or not. i could have just lived in blissful ignorance and enjoyed my life (wrongly) believing myself to have some say in it. but naaah, i had to go and find things out that i cant change anyway.

now i can see myself for the terrible, messed-up person i am, and im gonna have to live the rest of my life trying to work on the few things that i can, just so i can kinda sorta compensate for the countless things that i can’t. and stay frustrated about wanting things i know i cant have. and of course i can’t unlearn stuff about myself, so im left with no hope, even.

i can feel myself aging. i can feel myself pushing people away. i can tell im wasting time and opportunities and potential. i know, now, when i’m being weird and generally off-putting. and yet there’s nothing i can do about it. because i’m just so lost and aimless. so… fragmented. empty. my mood and self-perception shift from moment to moment, but no corresponding change ever occurs in my life, which stubbornly remains just the way i (non)arranged it years ago. i’m 25, but i could be 15, could be 45.

I genuinely hope that IF i learn enough about myself and develop healthy coping skills and set some goals and learn some basic life skills, i might be able to actually DO something and not just THINK.

i have always needed somebody else to get me out of my comfort zone. but people like that are hard to come by when you let yourself go & isolate yourself. here’s something you may not know about me: even though i dont believe in a god, i have always kind of considered becoming a nun. anything just to have some external structure in which im never going to get rejected so long as i abide by the rules.

i’m not crying for help anymore…

because i no longer believe that i can be helped.

but maybe “help” simply looks different than i thought.

any ideas?

i had my first “proper” therapy session this week, and it was… eye-opening.

i was asked to think about what goals i would like to set for myself to accomplish through therapy. the more i think about it, though, the more confused i am.

how general or specific should i be? what’s a realistic goal for me to have?

the truth is, i can’t think of anything that i wouldn’t like to change about myself. and sure, i can try to consider which parts of my personality cause the most problems in my day-to-day life… except, of course, i only have limited insight, and i might not even realize what the real issues are.

good thing i have a lot of time to think this through.