angielski to tarcza, więc proszę

mam pewne obawy, że CBT będzie dla mnie zbyt krótkoterminowa. przeraża mnie perspektywa rozwiązania w ciągu dziesięciu godzinnych sesji problemów, z którymi zmagałam się całe życie. o ile w takich ramach czasowych łatwo wziąć na celownik główne problematyczne zachowania, trudniej może być zmierzyć się z tymi mniej oczywistymi, chociaż równie przykrymi.

nie uważam terapii kognitywno-behawioralnej za rozwiązanie powierzchowne czy doraźne. wiem że jest skuteczna w leczeniu wielu jasno zdefiniowanych problemów, takich jak depresja czy zaburzenia odżywiania — problemów które w danym momencie w stosunkowo ściśle określony sposób wpływają na funkcjonowanie jednostki.

odnoszę jednak wrażenie, że taka terapia musi budować na jakichś fundamentach. na szczątkowym chociażby poczuciu tożsamości, własnej wartości, sensu i celu życia, chociażby nie były one widoczne na pierwszy rzut oka w momencie rozpoczynania leczenia. kiedyś gdzieś musiały być ich co najmniej śladowe ilości, trzeba je tylko sobie przypomnieć, wzmocnić i wyćwiczyć.

problemy z którymi ja muszę się rozprawić wymykają się definicjom, nie mówiąc już o tym, że mimo potwierdzenia ze strony osób wykwalifikowanych do wyrażenia zdania na ten temat, wciąż nie jestem do końca przekonana o ich istnieniu. lub raczej — z gruntu nie jestem skłonna patrzeć na nie jako na “chorobę” którą można by “uleczyć”.

wciąż jestem zdania że mam po prostu niezliczoną ilość wad — najgorszymi z których pozostają, faktycznie graniczące z patologią, lenistwo, bierność i ciągłe użalanie się nad sobą — a żadnych zalet którymi mogłabym “nadrobić”. co więcej, sceptyczna względem opinii specjalistów jestem z tego względu, że skoro sama sobie nie wierzę i wydaje mi się że tylko szukam wymówek, to jak mogę ufać osądom ludzi którzy wiedzą tylko to, co ja sama im powiem? oni mogą mieć najwyższe kompetencje i najlepsze nawet intencje, ale co jeśli działają na błędnych przesłankach napływających od osoby, której głównym celem jest wywołanie w nich współczucia, i mniej lub bardziej świadomie dąży ona do tego każdym swoim zachowaniem, słowem i spojrzeniem?

jeżeli czegoś mnie to nauczy, to tego że tylko ja mogę realnie cokolwiek zmienić w swoim życiu. ale martwi mnie że o ile mogę próbować wyplenić najbardziej rażące przejawy pasożytnictwa czy zawiści, to z samymi cechami nie dam sobie rady póki nie będę wiedziała skąd się one u mnie wzięły.

zapewne sam ten pociąg do podejścia psychodynamicznego i nierealistyczną potrzebę “zmiany” i wyzbycia się “złych” uczuć dałoby się zredukować poprzez CBT. ale coś czuję że aby w podobny sposób rozwiązać wszystkie moje problemy, musiałabym poświęcić na tę terapię pół życia (co przecież mija się z celem): zdekonstruować całą swoją osobowość i stworzyć zgoła nowe spojrzenie na życie. nie wiem zresztą jak miałoby się to do zdrowej spontaniczności, bo im więcej zmienię, tym bardziej będę się czuła jak zaprogramowany robot.

wątpię w każdym razie, żeby takie pragmatyczne podejście działało na głębsze, uwarunkowane prawdopodobnie genetycznie, cechy takie jak impulsywność czy myślenie dychotomiczne. nawet moja tendencja do odcinania się od innych jest nieadaptacyjnym przejawem introwertycznej osobowości. większość moich wad znajduje ujście w tego typu niekorzystnych zachowaniach, bo nie jestem świadoma ani swoich skłonności, ani czynników które je wyzwalają: rządzą mną emocje, z których istnienia nie zdaję sobie sprawy, których nie mogę nazwać ani nijak okiełznać.

leki pomagają zwłaszcza w dwóch obszarach: redukują uciążliwy objaw neurotyczności, jakim jest przewaga negatywnych uczuć w moim życiu codziennym, i nieco zwiększają świadomość ciągów przyczynowo-skutkowych wiążących wydarzenia z reakcjami na nie, i odwrotnie, działania z ich konsekwencjami. ale sam wgląd nie wystarcza żeby zmodyfikować zachowanie.

poprawa jaka dokonała się przez ostatnich kilka miesięcy tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że sama z siebie jestem zdolna do bardzo ograniczonego postępu, a wszelkie pozytywne zmiany jakie kiedykolwiek następują w moim życiu są tylko desperackimi próbami udawania szczęścia i równowagi psychicznej. prędzej czy później zawsze wracam do rozchwianej, rozsypanej atrapy człowieka jaką czuję się obecnie.

co więcej, chociaż myślę o tym od jakiegoś miesiąca, wciąż nie potrafię wyobrazić sobie co właściwie miałoby stanowić “postęp” w kontekście mojej terapii ani do czego miałabym zmierzać, bo nie ma żadnego konkretnego celu jaki chciałabym osiągnąć. owszem, muszę w końcu napisać pracę licencjacką, ale to mogłabym zrobić nawet teraz. prawda jest taka, że to nie może być cel sam w sobie, bo gdyby wszystko było ze mną w porządku, to przyszłoby mi to naturalnie, bez większych problemów, a może nawet z przyjemnością.

moja dotychczasowa fasada runęła — symbolicznie ale ostatecznie — kiedy przyjęłam do wiadomości że mogę zachorować na cukrzycę. wtedy zrozumiałam, że nie mogę niczego oczekiwać od życia, a najważniejsze to nauczyć się dostosowywać do okoliczności. co więcej, wtedy dopiero przestałam przed samą sobą udawać że może wszystko się samo ułoży i dotarło do mnie, że to ja muszę podjąć bardzo konkretne działania żeby nieco skorygować kurs jaki obrało moje życie.

jestem w połowie drogi do trzydziestki … ale chyba tak kompletnie pozbawiona nadziei, że odczuwam z tego powodu mniejszy niż dotąd wstyd, frustrację niespełnionymi ambicjami, czy poczucie winy za niewykorzystany potencjał. prawdę powiedziawszy guzik mnie obchodzi że (czy) “gdybym się postarała” to mogłabym to czy tamto.

mój potencjał zawsze był mocno ograniczony a samozaparcie znikome, więc z czasem nauczyłam się zadowalać doświadczaniem życia w trzeciej osobie: z książek, filmów, Instagrama, opowieści znajomych. w jakimś wąskim sensie “doświadczyłam” w ten sposób bardzo wielu rzeczy, mimo że moje własne życie było ubogie w urozmaicenia.

skądinąd mogło się to przyczynić do przeżywanego przeze mnie “kryzysu wieku średniego”: tak bez reszty angażuję się w przeżycia innych osób (czy to prawdziwych czy wymyślonych), że czuję się trochę tak, jakbym przeżyła życie w przyspieszonym tempie. mogłam też nabrać zbyt dużo nieustrukturyzowanego dystansu do życia (bynajmniej nie siebie lmao), bo jak rozważysz wszystkie teoretyczne możliwości, to ograniczanie się do jednego kierunku obranego w praktyce trochę traci swój urok. oczywiście że w rezultacie tkwisz nie doświadczając naprawdę niczego, ale strach przed tą nieskończonością wyborów i jednoczesną ostatecznością decyzji którą podejmiesz jest paraliżujący.

niezmienna jest tylko pustka.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s