reclaiming Polish

Powoli skłaniam się ku twierdzeniu, że moje pisanie po angielsku zawsze służyło po pierwsze zdystansowaniu się od własnych uczuć.

Zaczęło się to jeszcze w okolicach gimnazjum, pierwotnie dlatego że chciałam poćwiczyć pisanie w języku obcym; szybko jednak przerodziło się w sposób na zapewnienie, że rodzice nigdy nie dowiedzą się co mi siedzi w głowie. Nie ufałam że poszanowaliby moją prywatność jeśli znaleźliby mój pamiętnik. Ta ewentualność wywoływała u mnie lęk, wstyd, a co za tym idzie, chęć zamaskowania swoich przemyśleń pod pozorem ćwiczenia glottodydaktycznego.

Miałam być szczęśliwym dzieckiem. Wolałam nie myśleć co by było, gdyby moja mama dowiedziała się, że doświadczam jakichkolwiek negatywnych emocji. Przeczuwałam że miałaby mi to za złe i wzięłaby to do siebie, co z kolei mogło się różnie skończyć. Tak bałam się odrzucenia, że nie pozwalałam sobie na uczucia, które uznawałam za niewłaściwe lub potencjalnie przykre dla innych. Od tamtej pory już zawsze pisałam po angielsku i zdążyłam tak się do tego przyzwyczaić, że wydaje mi się to zupełnie normalne i oczywiste.

Samo pisanie to nic — mi nawet w myśli i w mowie angielski przychodzi dużo bardziej naturalnie niż poprawna polszczyzna. Jest to o tyle niefortunne, że żyję gdzie żyję i nie zawsze mogę być pewna że mój rozmówca zrozumie, kiedy wtrącę jakiś potoczny anglicyzm. Nie mówiąc już o tym, że mój angielski może i nie jest zły, ale daleko mu do doskonałości. Ograniczony zasób słownictwa to jedno; będzie on taki zawsze nawet w języku rodzimym.

Co gorsza nie mam tej samej głębokiej, organicznej więzi z angielskimi słowami. Kiedyś na zajęciach omawialiśmy autobiografię Evy Hoffman, która w wieku 13 lat wyjechała z Krakowa do Stanów. Pisała o frustracji wiążącej się z wyrażaniem siebie w języku obcym: nawet jak opanujesz go do perfekcji, trudno w nim o tę samą spontaniczność i autentyczność. Słowa nie wywołują tych samych skojarzeń, emocji, dosłownie biorą się z innych procesów w mózgu.

Dlaczego zatem ja sama narzuciłam sobie takie arbitralne ograniczenie? Mam trzy hipotezy. Mniej boli. Mogę poruszyć mniej tematów i przekazać mniej treści, co ułatwia wypieranie niepożądanych myśli (o tym później). I… chyba nie chcę być zrozumiana???

Jakiś czas temu któregoś dnia coś mi odbiło i zaczęłam mówić do swoich znajomych w pracy po angielsku. Oni rozumieli mnie piąte przez dziesiąte, a ja zawzięcie kontynuowałam swój monolog przez następne pół godziny. Nie, nie szukałam z ich strony potwierdzenia swoich umiejętności… z tego na szczęście wyrosłam. Nie wiedziałam dlaczego właściwie to robię, po prostu jakoś tak wyszło.

Mówiłam dalej, bo ich brak zrozumienia w zasadzie był optymalny. Zwróciłam na siebie uwagę w sposób może dziecinny, ale skuteczny. Mogłam mówić o sobie, w nieskończoność, praktycznie na każdy temat, a jednocześnie wiedziałam że i tak mnie nie zrozumieją. Nie ocenią. … nie odrzucą.

Nie wiedzieli o co mi chodzi ani nie mogli nijak się do tego odnieść, co wywołało niemałą niezręczność i konsternację. Z ich strony… tak dla odmiany. A ja byłam… inna. Mniej sztywna. Usprawiedliwiałam to tym że “to nie byłam ja”. Oczywiście byłam, ale… once removed.

(Swoją drogą ten mały “eksperyment” nieźle demonstruje jak ja sama zwykle czuję się w towarzystwie. To znaczy tak, jakby wszyscy poza mną płynnie i z łatwością posługiwali się językiem, w którym ja tylko dukam. Niewiele do mnie dociera, a sama też nie mogę się wysłowić.)

Jak mogłabym nie mieć problemów z komunikacją interpersonalną, skoro komunikacja intrapersonalna tak u mnie kuleje? Mogę chłodno opisać niektóre swoje odczucia, ale niestety na tym zawsze się kończy. Mam do nich taki dystans, jakby chodziło o kogoś innego a nie o mnie.

Zresztą myślenie po angielsku to tylko połowa “sukcesu”, a im dłużej to robię tym mniej jest skuteczne. Bardziej niezawodna jest najzwyklejsza w świecie autocenzura.

Jest trochę myślenia magicznego w moim postrzeganiu własnych procesów poznawczych. Mam wiele upierdliwych naleciałości z religii, i jedną z nich jest uparcie towarzyszące mi przeświadczenie, że można “zgrzeszyć myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Zgrzeszyć. Myślą. Jak gdyby myśli miały jakąś moc sprawczą i z automatu czyniły cię złą osobą. Ahhh… złą. Tyle założeń i generalizacji w jednym króciutkim akapicie.

Są rzeczy, o których po prostu nie myślę. Za bardzo boję się, że doprowadziłoby to do katastrofy. ??? Nie pytajcie co mam na myśli, przecież mówię że o tym nie myślę.

Wiem natomiast (oczywiście dopiero teraz), że takie unikanie trudnych tematów nie rozwiązuje problemów, tylko je pogłębia. Zrozumiałam to na przykładzie — czego? jak nie swoich studiów. Normalny etap edukacji, i życia w ogóle, urósł w mojej głowie do rozmiarów tak niewyobrażalnie przytłaczających, że obecnie zdaje się niewykonalny.

Chuj z tym. Mam dosyć. Koniec unikania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s