Nonlinear progress

When a friend asked me why i temporarily quit therapy, I said I could write an entire blog post about it and it still wouldn’t be enough. But the short answer is that it wasn’t working.

I’m not saying it didn’t work; it has actually helped immensely. But i’ve reached a plateau of sorts.

it’s really hard to explain: i want to talk, i need to talk, but i don’t want to make it into this whole thing. All i do is talk, and I’m sick of it, and I kind of just clammed up and couldn’t think of anything else to say because i constantly felt put on the spot.

and also, taking the “in some way it still has an effect on you” argument to its logical conclusion, you could be in therapy all your life. which is fine if you’re the one paying for it, but i honestly feel that there are many people in more serious need of public mental health services than i am.

I had casually considered therapy for years, always seeing it as a theoretical last resort, and with no real intention of going. i ended up there because of a crisis — the first one that i couldn’t deal with on my own.

I’m painfully aware that the crises arise as a result of my problematic personality. thus i can say with relative certainty that the next one is just around the corner (always is). But. the one that brought me here is resolved. and once that happens, i lose all motivation to work on myself.

i know im flaky to quit as soon as i have to admit that there are things i could change about myself that might make me better. but that’s not the only reason i had to take a break.

Keeping in mind that i never seriously considered therapy as a valid option (because i didnt think my issues were “serious enough”), I have actually already accomplished much more than i thought i would: I realized that they are, in fact, pretty dang serious, and they warrant numerous therapy sessions, indefinite even.

But I’m not ready to do the work just yet. I’m still coming to terms with my flaws. Maybe i shouldnt even be calling them flaws. i’m just transitioning from assuming that everything about me is inherently awful and terrible … to just seeing my personality without judging it. and assessing which parts might help me along the way and which ones not so much.

I had never seen myself as malleable before. well, easily manipulated, yes, but only by others. I lacked the self-awareness to manage my own thoughts or actions based on how they affected my life. I had never asked myself questions like, why do i behave a certain way or why i don’t do certain things that might be good for me.

idk if it’s plain ol’ stupidity, or my victim mentality: i’m so pathologically passive that I cannot conceive of the possibility that i could act instead of only being acted upon. I had no agency whatsoever, so how could i hope to ever change?

but now i have a little bit of that basic sense of agency, and it’s a lot. i’m not used to that kind of responsibility, and i feel i need to practice on things in my life, where the stakes are lower, before I can experiment on myself. it’s like a muscle you didn’t know you had, and you have to start with really basic workouts to avoid injury.

There are many more reasons I left. One of them being that I enjoy making people pity me, and my therapist refused to do that. That is a lesson in and of itself.

Plus, I suspect that intellectual conversations about my feelings while I’m drugged out of my mind aren’t gonna help when I’m going through withdrawals. Stabilizing on psych meds was hell, and I don’t expect lowering my doses to be a walk in the park, either.

The only reason I haven’t spiraled into a deeper depression interspersed with panic attacks is that my higher cognitive functions are compromised. In other words, my brain is in power saving mode. I don’t care …. but I’m going to.

and it’s going to be tough. going back to my neurotic self. anxious and overemotional. angry that i wasted ten months in a daze when i could have been making progress towards genuine change.

of course that’s not what’s happening, either… the truth is somewhere in the middle. Yes, the meds make you docile and more accepting of your present circumstances that might otherwise seem unbearable. but I still want to change, even now. I just don’t have the motivation…

Note to self: you haven’t wasted ten months. You’ve gotten to know a different version of yourself, and it’s one you can learn from.

but you’ve gotta admit that it isn’t you, exactly… hence why i don’t feel particularly compelled to invest in its well-being, if that makes sense. That part is just fine. It’s when i finally have a clear head that I’m really going to need therapy.

It must sound strange when I’m compartmentalizing like that, but it’s true: there’s only so much you can achieve in terms of insight into your mental states when the states themselves are so inhibited.

It’s the “meta”-knowledge that i’ve gained — about how i process information, how i react to stimuli, etc. — acquired in the process of analyzing my past behaviors — that’s going to help me navigate therapy. I really don’t see how pharmacotherapy and psychotherapy can be used together, at the same time (even though i know they frequently are).

I can’t wait till i’m ready though.

confessions of a self-professed-semi-self-aware glutton

Skłonność do uzależnień jest cechą biologiczną, i nie wiem ile sensu ma przekładanie jej na doświadczenia emocjonalne. Ale pamiętam że już w bardzo wczesnym dzieciństwie — na długo przed tym jak zaczęłam przejmować się swoim wyglądem czy tym bardziej zdrowiem — miałam problem z jedzeniem i odczuwałam z tego powodu wstyd i poczucie winy.

Cóż, koniec końców nasze emocje wynikają z naszej biologii: musiałam przeczuwać, że mam jakiś “deficyt” (słabą kontrolę impulsów itp.), i znajdowało to swoje odzwierciedlenie w moich zachowaniach w realnym świecie. Innymi słowy źle się czułam ze swoją fizyczną formą, i próbowałam zrekompensować to sobie i uregulować tę n i e a d e k w a t n o ś ć od zewnątrz.

To logiczne że wszystkich nas ciągnie do tego, co zdaje się zaspokajać jakieś nasze potrzeby, niektóre mniej podniosłe niż inne. Ale poszczególne działania mówią o nas więcej niż wskazywałaby na to ich pozorna prostota, i dwie zupełnie różne rzeczy mogą sobą reprezentować to samo; mogą pełnić tę samą funkcję.

Wiem że widać po mnie, że lubię zjeść. Nie wiem natomiast czy, oceniając mnie po samym wyglądzie, ktoś byłby w stanie stwierdzić jak PORYPANA jest moja relacja z jedzeniem. Wydaje mi się że niejedna osoba grubsza ode mnie ma do sprawy zdrowsze podejście, pozbawione całego tego poczucia winy, braku samokontroli, i obrzydzenia do samej siebie.

Niektórzy z Was pewnie słusznie zauważą, że nazywanie przejadania się uzależnieniem to hiperbolizacja, granicząca wręcz z obraźliwą dla ludzi zmagających się z “prawdziwymi” uzależnieniami. Przecież mogłabym po prostu “mniej żreć”. No, wiem że bym mogła, kiedyś nawet spróbowałam, i wyszło średnio.

Uzależnienie to jeden z moich skrótów myślowych.

Pamiętam więcej sytuacji niż mogłabym zliczyć, które potoczyły się według podobnego scenariusza: mam jakieś pięć lat i czekam na mamę w samochodzie. Kupiła moje ulubione cukierki w czekoladzie. Leżą i mnie kuszą, chociaż wcale nie jestem głodna. Jestem znudzona i osamotniona. Ale tego problemu nie rozwiążę, bo nie jestem go świadoma ani zdolna go pojąć, a cukierki są smaczne i na chwilę mnie rozproszą. Więc jem jednego… i drugiego… aż zostaje po nich tylko foliowa torebka pełna kolorowych papierków. Chowam je więc do kieszeni na rękawiczki i udaję, że nic się nie stało.

Wiele z takich sytuacji miało miejsce tak dawno, że wiem o nich tylko z opowiadań rodziców.

To dziwne uczucie — wiedzieć że jest się głupim ale nie móc nic na to poradzić. Z uporem maniaka robić coś z pełną świadomością, że jest szkodliwe. Dać się pokonać torebce cukierków…raz, i po prostu pozwolić się temu zdefiniować na resztę życia.

Pewien paradoks zaburzeń odżywiania polega na tym, że publicznie możesz wydawać się zupełnie normalna. Nawet jak miałam BMI 15 (norma jest pomiędzy 18 a 25) to kilka razy dziennie wszyscy widzieli jak duże porcje jadałam. Teraz jest podobnie: wyglądam “normalnie”, ale moje uczucia nie są. Zachowuję się normalnie, ale tylko w towarzystwie.

“Zajadanie emocji” to określenie żartobliwe i nieco protekcjonalne. Przecież jeśli rozwiązanie masz przed nosem, to problem nie może być taki znowu poważny. Jednak wszystkie moje dotychczasowe próby “jedzenia uważnego” nazwałabym raczej leczeniem objawowym.

Trafiłam kiedyś na taki cytat motywacyjny, If hunger is not the problem, then eating is not the solution. Jasne że jedzenie rozwiązuje tylko jeden problem — głód — ale przejadanie się świadczy o problemie nie z jedzeniem jako takim, tylko z czymkolwiek co w teorii powinno odpowiadać za regulację własnego zachowania.

Chcę przez to powiedzieć że zajadanie emocji może i nie rozwiązuje problemu, ale nic innego też go nie rozwiązało. Mogłabym zacząć kontrolować ten jeden obszar swojego życia — prawdopodobnie kosztem innych — ale obawiam się że zaskutkowałoby to jakimś nowym i poważniejszym problemem.

Konotacja “zajadania emocji” jest taka że nie wiem co robię, a mogłabym, i powinnam, przepracować te emocje zamiast ich unikać.

Ale 1) ja wiem co robię, i 2) to nie są emocje. To nie jest jakiś przejściowy stan. To jest uporczywe wrażenie przekonanie wiedza, że jestem w jakimś sensie niewystarczająca. Towarzyszące mi od zawsze przeświadczenie, że nie mam narzędzi by być taką jaką “powinnam” lub chciałabym być.

Jest cały szereg emocji, które ktoś bardziej samoświadomy rozpoznałby w sytuacjach u mnie niezawodnie kończących się napadem obżarstwa… i by go to powstrzymało. U mnie — nawet gdy odnotuję że głodna nie jestem — na tym się kończy, a jem i tak i tak.

Jestem introwertyczką, która nie toleruje własnego towarzystwa: bez reszty skupiona na sobie, a jednak samotność jest dla mnie nie do zniesienia.

Nie wiem z którym etapem przetwarzania własnych myśli i obaw mam problem, ale wiem że unikam konfrontacji z nimi jak ognia. I tam gdzie inni dopatrzyliby się smutku, złości, wstydu czy bezsilności, ja odczuwam …. nicość, która woła o zapełnienie. Pustka — czyli niezdolność zaspokojenia swoich potrzeb? Pustka — czyli wrażenie nieprawomocności własnych uczuć? czy strach że sama sobie z nimi nie poradzę?

Nie wiem. W każdym razie czuję się niekompletna, wybrakowana. Użalanie się nad sobą zarówno jest skutkiem tego uczucia, jak i je potęguje.

Czasami, chociaż rzadko, zdarzają mi się dni kiedy jestem na tyle zabiegana, że zapominam czy wręcz nie mam czasu tak “porządnie zjeść”. Ale są to kwestie wyłącznie logistyczne, i jak tylko mam wolną chwilę to nadrabiam te zaległości i to z nawiązką.

Tęsknię za czasami kiedy jadłam to na co miałam ochotę, wtedy gdy byłam głodna. Moje dzieciństwo wydaje mi się jakąś mityczną krainą także pod tym względem. Prawda jest jednak inna. Wcale nie było żadnego punktu w czasie, kiedy moje nawyki żywieniowe — czy cokolwiek we mnie — byłoby “doskonałe” czy nawet doskonale zdrowe.

Zawsze trochę za bardzo lubiłam słodycze, tak jak zawsze trochę za bardzo lubiłam się przemądrzać i zawsze trochłę za łatwo było mnie zmanipulować. Po prostu kiedyś i jednego i drugiego byłam mniej świadoma, więc nie miałam powodu żeby się z tym źle czuć. Nie przyszłoby mi też do głowy żeby to zmieniać: po prostu taka byłam i tyle.

Nie mówiąc już o tym, że kiedyś tak jedzenie słodyczy jak i moja nieprzyjemna osobowość uchodziły mi na sucho, ale z czasem coraz trudniej to “przechodzi” w różnych sytuacjach w moim życiu.

Pozwólcie że opiszę mój tok myślenia przed kolejnym (niepotrzebnym) posiłkiem: jem go za karę. Wiem że poczuję się gorzej … i dlatego to robię. Zasługuję na to żeby się pogrążać, bo skoro w ogóle przyszło mi do głowy jeść kiedy nie jestem głodna, to to samo w sobie świadczy o tym jaka jestem głupia. Pozostaje mi więc tylko dowieść swojej głupoty, robiąc dokładnie tę rzecz której wiem że nie powinnam i jak by się nad tym tak bardziej zastanowić to może nawet nie mam ochoty robić.

Zasługuję na przedwczesną śmierć na chorobę cywilizacyjną. Zasługuję na odmawianie sobie nawet marginalnie bardziej wyrafinowanych form spędzania wolnego czasu, bo mój mały móżdżek i tak ich nie doceni. Nie, te myśli nie wybrzmiewają w ten sposób w mojej głowie…ale do tego się sprowadzają. Poza tym bycie grubą i zaniedbaną to dobra wymówka żeby wszystko inne też mieć w dupie.

Podoba mi się jedno z angielskich słów na nałóg: habit. “Nawyk.” Zdaję sobie sprawę że moje “uzależnienie” od jedzenia jest niczym więcej jak właśnie silnym przyzwyczajeniem. Z tym że tak głęboko zakorzenionym w mojej psychice, że sama nie potrafię określić kiedy się ono wykształciło.

Zdarzają się całe miesiące kiedy udaje mi się odciągnąć swoją uwagę od przejadania się. Problem w tym że nic nie budzi we mnie silniejszych emocji niż napad obżarstwa. Owszem, negatywnych, ale bez porównania bardziej intensywnych niż jakakolwiek książka, jakiekolwiek osiągnięcie czy porażka, jakikolwiek wyjazd na wakacje, cokolwiek.

Może jak już się pozna taką udrękę to dąży się do niej jako naturalnej części życia nawet jeśli obiektywnie jest zbędna i łatwo dałoby się jej uniknąć. Potrzebuje się jej, bo inaczej zapomina się że się żyje. Może gdyby nie te negatywne emocje płynące z jedzenia, ten wstyd, upokorzenie, obrzydzenie, to okazałoby się że nie mam po co żyć.

Bo mówię…. może i mogłabym zmienić nawyk jako taki. Raczej przerzucić się na coś mniej szkodliwego dla zdrowia. Ale brakowałoby mi … wcale nie nawyku samego w sobie. Tylko wszystkich tych uczuć które we mnie wywołuje. Tej kaskady neuroprzekaźników pędzących najbardziej wydeptanymi skrótami w moim mózgu.

O ile nie jestem czymś zajęta, normalnym dla mnie stanem umysłu jest pustka. Nie mylić z “nie czuję niczego.” Czuję. Różne rzeczy z przewagą lęku. I chyba muszę się poważnie zastanowić dlaczego traktuję nienawiść do samej siebie jako tej pustki akceptowalną alternatywę. Nawyk łatwiej byłoby zmienić gdybym wiedziała z czego się bierze.

regulating the dys

having agreed on postponing our sessions until July, one of the things my therapist emphasized during our last appointment was that i really need to keep talking about whatever it is that i feel i need to talk about. this seemed counterintuitive, but also validating. guilty as i feel about it, much as i wish i could stop it, there’s still loads and loads of things i need to share before i can process & get past them.

and yes, i’m aware that talking about shit in abstract terms is one of my favorite ways of avoiding real responsibility. it’s a coping mechanism of sorts. not a very productive one, to be sure, but a skill nonetheless.

what i will try to do is i will try to make the abstract concrete, and to put a more positive spin on things. I can’t help being a verbal processor; might as well turn it into a strength. if all i do is hypothesize, i should at least be able to shift my perspective, and potentially it can make all the difference.

to my surprise, after my all time low didn’t come the biggest high of my life. that’s what would normally have happened. but this roller-coaster ride wasn’t sustainable. and so i settled on a place in between, or rather removed from, depression and happiness. i put a hold on experiencing my emotions, because i needed to break the pattern in order to examine it.

examine it i did, though i’m still not clear on why it’s there or how to change it for good — but at least I know about it. and i know that certain things contribute to my mood getting better or worse, and there’s not that One Thing that i was looking for that would solve All My Problems.

The concrete has always sounded incredibly banal to me, but I have come to understand that there’s no shame in admitting that it does help.

for whatever reason, i resented the fact that im actually relatively low-maintenance, and I don’t need that much to be happy. solution? i didn’t do any of those things, because they seemed pathetic. unambitious. boring.

it’s almost as if i wanted to amount to fuck knows what, without meeting any of my most basic needs first. but you know what, you can’t just skip steps like that, and neglecting self-care catches up with you eventually. I have to take care of myself not out of vanity, but because nobody else will.

i also now appreciate that self-regulation is a complex skill, but very much a teachable one. And that precisely because it is so complex, sometimes baby steps can take you further than you thought they would (or could).

i get sad sometimes, but i can be okay with that sadness. i may not be able to make it go away, but there are things i can do to get through it. make it more manageable. learn from it. and if all else fails, distract myself from it until it passes on its own as it always does.

it will come back. but i will be better prepared to deal with it.

PS i haven’t yet figured out how to credit the artist, but the featured image is one of my favorites by @PDLComics (obviously).

left on read

Healing is not what you expect it to be. I had this idea of what was wrong and what needed to change in order for me to “finally be happy,” but along the way i embraced the simple truth that the lower my expectations, the happier I am. Letting go of such a narrow definition of happiness has allowed me to find joy where i would never have anticipated it.

I AM SO SORRY to all of you who I recently texted only to stop replying to your messages.

i withdraw. it’s a problem. i know i can’t expect people to always reach out and put up with being ghosted all the time, but i, i genuinely don’t mean to act so entitled. I’ll do better in future, i promise…

If it makes you feel any better, I’m not talking to anybody right now, not even my therapist, not even about myself. In fact that’s the last thing i wanna talk about, since it’s pretty much all i think about. I’ve actually decided to suspend therapy for the time being, in part because sessions via WhatsApp just don’t seem like enough. I need face to face.

i confess … mostly its because we reached a point where i needed to actually start working on myself, and I… couldn’t. funny how that’s the exact problem i came to therapy with: i can talk and complain and blame-shift until the cows come home, and i can berate myself for being a shitty human being, but i won’t do anything about it.

But we agreed that i have made some progress. less than i would have hoped for, but i’ll resume therapy when im ready. for now, i need some time alone. to live my life instead of dissecting it all over again.

Not much is going to change, but that’s the beautiful part: i don’t have this need to change every aspect of my being anymore. it was never going to happen. best thing i can do is to adjust.

stupid as it may sound, it had gotten to the point where i felt like i wasn’t going to make any progress unless i left therapy and focused on other things for a while, because, like,,, two things I struggle with are talking things to death, and leaning on other people too much. and now that i understand it, i have this — perhaps misguided — need to talk less and be less needy, which I KNOW isn’t supposed to be about ignoring your friends who care about you but also you know how im introverted and also pretty dumb??? But yeah, I felt that I was becoming too dependent on my therapist, and also that i really shouldn’t be talking about myself so much rn.

Anyway. I know i’m not going to suddenly become driven and ambitious overnight. but i’m trying to frame my responsibility for my life in positive terms instead of forcing things or blaming myself for being lazy & things like that.

EVERYTHING used to seem overwhelming. most things still do. but now i try to focus not on the pressure of obligation, but on how it’s going to feel when Im done. that, or on, like, … what I want to do. because my “laziness” is just one more thing i needed to take to the extreme in order to realize that it’s not infinite.

And that sometimes even I am struck by a spontaneous need to be productive. creative. sociable. physically active. affectionate. whatever. That when an action is genuine, I’m not so worried about whether I’m “up to it”, i can just … do it.

the best thing about therapy was how it made everything click. in a way i can’t fully grasp just yet, but which was a revelation nonetheless, because it makes intuitive sense.

and that was that I AM SO SELF-OBSESSED. you’ve probably known it all along, as have I, but the thing i didn’t realize was that it was at the root of most of my problems. which doesn’t make them any less valid, nor any more easily fixable, nor even more “my fault”. It’s just a fact: there is a road to recovery, and it involves directing my attention to things other than myself, as hard as that may be for such a shameless narcissist as myself.

Also, if I don’t respond to your text, … please remind me. Pretty please. It’s not that I don’t care; I just need to be reminded that you do.

take care.

just a lil spring update

If this blog proves anything, it’s that there comes a point where even I get sick of talking about myself. I guess it makes sense though, that I should feel better after having my need for attention satisfied. its hard to know when to shut up. i’ve been bottling it all up for so long that i now have this urge to share everything, with everybody, all the time. But it’s been less and less lately.

it’s like all this time i was stuck in high school, as i used to say, i’ve just been unable to process and like, integrate, all my experiences, because from the get-go i would just assume that whatever i was feeling or going through was wrong or pointless or whatever.

I’ve been screaming for approval from others because I didn’t believe my own opinions and perceptions were valid. but now that i’ve broken this sort of “taboo” of mine, it doesn’t seem so scary and overwhelming anymore, and i can move on to other things.

i will probably always be the self-involved ball of anxiety that i am, but somehow admitting it… makes me feel less guilty about it. for starters, i can only fight it if im aware of it.

But also, paradoxically, completely letting loose has made me realize that … maybe it’s not as bad as i thought? Maybe I’m not just a black hole of insecurity. Maybe my capacity for self-pity isn’t infinite, and maybe even i can get sick and tired of my own bs. And maybe i don’t need other people to tell me what to do all the time?

there’s less fear now, in owning my decisions, even if they’re small.

and I can’t write, because writing has always been my escape from reality, whereas now I don’t need that as much anymore. without constantly questioning & doubting myself & worrying, i can focus on the present moment, which honestly i can’t remember the last time that that was an option for me. so I simply don’t want to escape.

Reality doesn’t have to be all ambitious and sophisticated. I have gotten exactly zero things done during this lockdown. but I’ve dealt. and i did things that I actually truly enjoyed, just for myself, which i also never realized that i was able to tell whether *I* actually enjoyed something.

dang, I’m not making any sense. but honestly though. finally i can just, like, play with my dog, or go for a run, or listen to a podcast, or wash the fucking dishes, and just — like — know that that’s what I’m supposed to be doing at that moment.

i can’t put a finger on what’s changed, but something has. And this is not me turning over a new leaf or anything like that, btw. I have more realistic expectations. but that’s exactly what im saying is that i’m still basically the same — im still just talking (for now at least) — but now it bugs me that im just talking.

i don’t wanna just talk anymore.