confessions of a self-professed-semi-self-aware glutton

Skłonność do uzależnień jest cechą biologiczną, i nie wiem ile sensu ma przekładanie jej na doświadczenia emocjonalne. Ale pamiętam że już w bardzo wczesnym dzieciństwie — na długo przed tym jak zaczęłam przejmować się swoim wyglądem czy tym bardziej zdrowiem — miałam problem z jedzeniem i odczuwałam z tego powodu wstyd i poczucie winy.

Cóż, koniec końców nasze emocje wynikają z naszej biologii: musiałam przeczuwać, że mam jakiś “deficyt” (słabą kontrolę impulsów itp.), i znajdowało to swoje odzwierciedlenie w moich zachowaniach w realnym świecie. Innymi słowy źle się czułam ze swoją fizyczną formą, i próbowałam zrekompensować to sobie i uregulować tę n i e a d e k w a t n o ś ć od zewnątrz.

To logiczne że wszystkich nas ciągnie do tego, co zdaje się zaspokajać jakieś nasze potrzeby, niektóre mniej podniosłe niż inne. Ale poszczególne działania mówią o nas więcej niż wskazywałaby na to ich pozorna prostota, i dwie zupełnie różne rzeczy mogą sobą reprezentować to samo; mogą pełnić tę samą funkcję.

Wiem że widać po mnie, że lubię zjeść. Nie wiem natomiast czy, oceniając mnie po samym wyglądzie, ktoś byłby w stanie stwierdzić jak PORYPANA jest moja relacja z jedzeniem. Wydaje mi się że niejedna osoba grubsza ode mnie ma do sprawy zdrowsze podejście, pozbawione całego tego poczucia winy, braku samokontroli, i obrzydzenia do samej siebie.

Niektórzy z Was pewnie słusznie zauważą, że nazywanie przejadania się uzależnieniem to hiperbolizacja, granicząca wręcz z obraźliwą dla ludzi zmagających się z “prawdziwymi” uzależnieniami. Przecież mogłabym po prostu “mniej żreć”. No, wiem że bym mogła, kiedyś nawet spróbowałam, i wyszło średnio.

Uzależnienie to jeden z moich skrótów myślowych.

Pamiętam więcej sytuacji niż mogłabym zliczyć, które potoczyły się według podobnego scenariusza: mam jakieś pięć lat i czekam na mamę w samochodzie. Kupiła moje ulubione cukierki w czekoladzie. Leżą i mnie kuszą, chociaż wcale nie jestem głodna. Jestem znudzona i osamotniona. Ale tego problemu nie rozwiążę, bo nie jestem go świadoma ani zdolna go pojąć, a cukierki są smaczne i na chwilę mnie rozproszą. Więc jem jednego… i drugiego… aż zostaje po nich tylko foliowa torebka pełna kolorowych papierków. Chowam je więc do kieszeni na rękawiczki i udaję, że nic się nie stało.

Wiele z takich sytuacji miało miejsce tak dawno, że wiem o nich tylko z opowiadań rodziców.

To dziwne uczucie — wiedzieć że jest się głupim ale nie móc nic na to poradzić. Z uporem maniaka robić coś z pełną świadomością, że jest szkodliwe. Dać się pokonać torebce cukierków…raz, i po prostu pozwolić się temu zdefiniować na resztę życia.

Pewien paradoks zaburzeń odżywiania polega na tym, że publicznie możesz wydawać się zupełnie normalna. Nawet jak miałam BMI 15 (norma jest pomiędzy 18 a 25) to kilka razy dziennie wszyscy widzieli jak duże porcje jadałam. Teraz jest podobnie: wyglądam “normalnie”, ale moje uczucia nie są. Zachowuję się normalnie, ale tylko w towarzystwie.

“Zajadanie emocji” to określenie żartobliwe i nieco protekcjonalne. Przecież jeśli rozwiązanie masz przed nosem, to problem nie może być taki znowu poważny. Jednak wszystkie moje dotychczasowe próby “jedzenia uważnego” nazwałabym raczej leczeniem objawowym.

Trafiłam kiedyś na taki cytat motywacyjny, If hunger is not the problem, then eating is not the solution. Jasne że jedzenie rozwiązuje tylko jeden problem — głód — ale przejadanie się świadczy o problemie nie z jedzeniem jako takim, tylko z czymkolwiek co w teorii powinno odpowiadać za regulację własnego zachowania.

Chcę przez to powiedzieć że zajadanie emocji może i nie rozwiązuje problemu, ale nic innego też go nie rozwiązało. Mogłabym zacząć kontrolować ten jeden obszar swojego życia — prawdopodobnie kosztem innych — ale obawiam się że zaskutkowałoby to jakimś nowym i poważniejszym problemem.

Konotacja “zajadania emocji” jest taka że nie wiem co robię, a mogłabym, i powinnam, przepracować te emocje zamiast ich unikać.

Ale 1) ja wiem co robię, i 2) to nie są emocje. To nie jest jakiś przejściowy stan. To jest uporczywe wrażenie przekonanie wiedza, że jestem w jakimś sensie niewystarczająca. Towarzyszące mi od zawsze przeświadczenie, że nie mam narzędzi by być taką jaką “powinnam” lub chciałabym być.

Jest cały szereg emocji, które ktoś bardziej samoświadomy rozpoznałby w sytuacjach u mnie niezawodnie kończących się napadem obżarstwa… i by go to powstrzymało. U mnie — nawet gdy odnotuję że głodna nie jestem — na tym się kończy, a jem i tak i tak.

Jestem introwertyczką, która nie toleruje własnego towarzystwa: bez reszty skupiona na sobie, a jednak samotność jest dla mnie nie do zniesienia.

Nie wiem z którym etapem przetwarzania własnych myśli i obaw mam problem, ale wiem że unikam konfrontacji z nimi jak ognia. I tam gdzie inni dopatrzyliby się smutku, złości, wstydu czy bezsilności, ja odczuwam …. nicość, która woła o zapełnienie. Pustka — czyli niezdolność zaspokojenia swoich potrzeb? Pustka — czyli wrażenie nieprawomocności własnych uczuć? czy strach że sama sobie z nimi nie poradzę?

Nie wiem. W każdym razie czuję się niekompletna, wybrakowana. Użalanie się nad sobą zarówno jest skutkiem tego uczucia, jak i je potęguje.

Czasami, chociaż rzadko, zdarzają mi się dni kiedy jestem na tyle zabiegana, że zapominam czy wręcz nie mam czasu tak “porządnie zjeść”. Ale są to kwestie wyłącznie logistyczne, i jak tylko mam wolną chwilę to nadrabiam te zaległości i to z nawiązką.

Tęsknię za czasami kiedy jadłam to na co miałam ochotę, wtedy gdy byłam głodna. Moje dzieciństwo wydaje mi się jakąś mityczną krainą także pod tym względem. Prawda jest jednak inna. Wcale nie było żadnego punktu w czasie, kiedy moje nawyki żywieniowe — czy cokolwiek we mnie — byłoby “doskonałe” czy nawet doskonale zdrowe.

Zawsze trochę za bardzo lubiłam słodycze, tak jak zawsze trochę za bardzo lubiłam się przemądrzać i zawsze trochłę za łatwo było mnie zmanipulować. Po prostu kiedyś i jednego i drugiego byłam mniej świadoma, więc nie miałam powodu żeby się z tym źle czuć. Nie przyszłoby mi też do głowy żeby to zmieniać: po prostu taka byłam i tyle.

Nie mówiąc już o tym, że kiedyś tak jedzenie słodyczy jak i moja nieprzyjemna osobowość uchodziły mi na sucho, ale z czasem coraz trudniej to “przechodzi” w różnych sytuacjach w moim życiu.

Pozwólcie że opiszę mój tok myślenia przed kolejnym (niepotrzebnym) posiłkiem: jem go za karę. Wiem że poczuję się gorzej … i dlatego to robię. Zasługuję na to żeby się pogrążać, bo skoro w ogóle przyszło mi do głowy jeść kiedy nie jestem głodna, to to samo w sobie świadczy o tym jaka jestem głupia. Pozostaje mi więc tylko dowieść swojej głupoty, robiąc dokładnie tę rzecz której wiem że nie powinnam i jak by się nad tym tak bardziej zastanowić to może nawet nie mam ochoty robić.

Zasługuję na przedwczesną śmierć na chorobę cywilizacyjną. Zasługuję na odmawianie sobie nawet marginalnie bardziej wyrafinowanych form spędzania wolnego czasu, bo mój mały móżdżek i tak ich nie doceni. Nie, te myśli nie wybrzmiewają w ten sposób w mojej głowie…ale do tego się sprowadzają. Poza tym bycie grubą i zaniedbaną to dobra wymówka żeby wszystko inne też mieć w dupie.

Podoba mi się jedno z angielskich słów na nałóg: habit. “Nawyk.” Zdaję sobie sprawę że moje “uzależnienie” od jedzenia jest niczym więcej jak właśnie silnym przyzwyczajeniem. Z tym że tak głęboko zakorzenionym w mojej psychice, że sama nie potrafię określić kiedy się ono wykształciło.

Zdarzają się całe miesiące kiedy udaje mi się odciągnąć swoją uwagę od przejadania się. Problem w tym że nic nie budzi we mnie silniejszych emocji niż napad obżarstwa. Owszem, negatywnych, ale bez porównania bardziej intensywnych niż jakakolwiek książka, jakiekolwiek osiągnięcie czy porażka, jakikolwiek wyjazd na wakacje, cokolwiek.

Może jak już się pozna taką udrękę to dąży się do niej jako naturalnej części życia nawet jeśli obiektywnie jest zbędna i łatwo dałoby się jej uniknąć. Potrzebuje się jej, bo inaczej zapomina się że się żyje. Może gdyby nie te negatywne emocje płynące z jedzenia, ten wstyd, upokorzenie, obrzydzenie, to okazałoby się że nie mam po co żyć.

Bo mówię…. może i mogłabym zmienić nawyk jako taki. Raczej przerzucić się na coś mniej szkodliwego dla zdrowia. Ale brakowałoby mi … wcale nie nawyku samego w sobie. Tylko wszystkich tych uczuć które we mnie wywołuje. Tej kaskady neuroprzekaźników pędzących najbardziej wydeptanymi skrótami w moim mózgu.

O ile nie jestem czymś zajęta, normalnym dla mnie stanem umysłu jest pustka. Nie mylić z “nie czuję niczego.” Czuję. Różne rzeczy z przewagą lęku. I chyba muszę się poważnie zastanowić dlaczego traktuję nienawiść do samej siebie jako tej pustki akceptowalną alternatywę. Nawyk łatwiej byłoby zmienić gdybym wiedziała z czego się bierze.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s