W podstawówce pojechałam w wakacje na obóz harcerski. Nasze pole namiotowe było w lesie, na polanie (niezupełnie pozbawionej drzew). Któregoś dnia w ramach gimnastyki porannej graliśmy na niej w berka. Akurat kogoś goniłam, odskoczył mi, a przede mną ni stąd ni zowąd pojawiło się—drzewo. Chciałabym móc powiedzieć że kiedy je zobaczyłam było już za późno. To by usprawiedliwiało strup na brodzie z którym wróciłam do szkoły we wrześniu. Ale nie było za późno. Ja je widziałam (chociaż zauważyłam nieco później niż osoba przede mną)—i nie decydując się żeby je wyminąć, zdecydowałam żeby z rozpędu wbiec prosto na nie.

Dokładnie tak się czuję w rozmowach z ludźmi.

Chociaż już nie tak często jak kiedyś.

I może to skojarzenie przyszło mi do głowy właśnie dlatego, że absurdalność całego zjawiska mogła mnie uderzyć dopiero teraz kiedy ono nie zachodzi non-stop.

Moje życie to wbieganie na kolejne drzewa. Ale ostatnio zaczęłam te drzewa przyjmować do wiadomości.