hope

Bardzo długo obsesyjnie czytałam własne maile do mojego lekarza. Doszukiwałam się w nich rozwiązania moich problemów, albo chociaż liczyłam że pozwoli mi to je lepiej zrozumieć.

Później przestałam. Jeśli przeczytanie tego samego 37 razy nic mi nie dało, to jakie było prawdopodobieństwo że 38 raz cokolwiek zmieni?

Nie pomagało mi to kurczowe trzymanie się myśli które już pomyślałam, słów które już wypowiedziałam. To nie znaczy że nie były prawdziwe, jeśli w ogóle można mówić o „prawdziwości” uczuć; dla mnie były najprawdziwsze na świecie. Ale właśnie to mnie ograniczało: tak głęboka wiara w pewne bardzo konkretne rzeczy (i niektóre mniej) – negatywne cechy siebie, świata – nie pozostawiała wiele miejsca na przyjęcie alternatywnych punktów widzenia, niekoniecznie wykluczających te pierwsze ale co najmniej równorzędnych, a na pewno takich które uczyniłyby moje życie trochę bardziej znośnym.

Powiedziałam że ten mój ból był najprawdziwszy na świecie. I faktycznie teraz, kiedy po dłuższej przerwie znów czytam te maile, uderza mnie intensywność i realność wspomnień które one przywołują. Bardziej jednak uderza mnie to jak odległe wydają się stany które opisywałam, kontrast między tym jak było wtedy a jak jest teraz. Chociaż kontrast to może nienajlepsze słowo; po prostu postęp, którego z dnia na dzień wcale nie zauważałam.

To właśnie ten postęp daje mi nadzieję na przyszłość. Wczoraj poszłam na długi spacer, bez telefonu, bez planu – jedynym celem było pomyśleć chwilę w ciszy i spokoju, tego tylko potrzebowałam, i tę funkcję spełnił doskonale. Chyba pierwszy raz poszłam na spacer z taką intencją—mam problem, jest coś co może mi pomóc go rozwiązać, więc spróbuję to zrobić. A w każdym razie wiedziałam że potrzebuję spaceru. Wiedziałam, że potrzebuję… czegoś… i nawet sobie to zapewniłam.

Więcej musi być takich problemów, które (po zastanowieniu mogłabym stwierdzić że)… już nie są problemami w wymiarze porównywalnym z sytuacją sprzed roku.

I nawet akcje z których może nie jestem specjalnie dumna (patrz: rozklejanie się przed moją promotor) stanowią postęp w stosunku do tego jak zachowałabym się jeszcze ten rok temu. Zresztą w ogólnym rozrachunku cieszę się że jestem (z innymi i ze sobą) bardziej szczera w kwestii tego co czuję. Z nieco większą otwartością i akceptacją podchodzę do własnych przeżyć, a akurat w tym obszarze nawet minimalna różnica jest kolosalna. Także inni, chcąc mi pomóc, mogą próbować wyłącznie jeśli wiedzą w czym.

Raczej nie zmienię tego, że w życiu kieruję się głównie lękiem; chęcią uniknięcia negatywnych konsekwencji. Ale mogę brać tę wiedzę częściej pod uwagę.

Na tym spacerze pomyślałam sobie że kiedyś umrę, i aż się zaśmiałam: próby uniknięcia przykrych doświadczeń mają mniej więcej tyle samo sensu ile miałyby go próby uniknięcia śmierci… the ultimate negative outcome, lmao. A skoro te nieprzyjemne uczucia i przeżycia są nieuniknione, to na dłuższą metę chyba średnio się opłaca udawać że jest inaczej.

Myślę że nie minęłabym się z prawdą zgadując, że doświadczam więcej negatywnych emocji niż znaczna część ludzi. I nie ma to nic wspólnego z moją sytuacją życiową, tylko z tym jak odbieram wszystko co się dzieje; jak przetwarzam informacje. Miałam to za klątwę, która zawsze będzie mi uniemożliwiać normalne funkcjonowanie. Może nie jestem na etapie dostrzegania pozytywnych stron tego zjawiska, ale chyba już nie jest takie przerażające: no ok, stresuję się, może bardziej i częściej niż bym chciała; ale mogę nauczyć się sobie z tym radzić.

Postęp daje mi nadzieję. Bo jeśli nie jest tak źle jak było, to może kiedyś nie będzie tak jak jest teraz. Kiedyś pisałam o moim lęku że nic już się nie zmieni. No, cóż, samo na pewno nie. Ale ja mogę zawsze. To rozmawiając z mamą o moim wujku alkoholiku stwierdziłam, że nie ma sytuacji obiektywnie beznadziejnych. A skoro to prawda w odniesieniu do niego, to do mnie tym bardziej, choćbym w to już nie zawsze była równie skłonna uwierzyć.

Postanowiłam nigdy nie dorastać. Nie w sposób w jaki dotąd pojmowałam dorastanie: stagnację i cynizm. Skostniałość poglądów i nawyków, do której wprawdzie i tak mam tendencję, ale warto sobie czasem przypomnieć że taka „pewność” to nie zaleta. Życie mnie przerażało bo myślałam że musi mieć jakiś ostateczny cel, LOL. Myślę że moja dorosłość może się okazać dużo fajniejsza niż moje dzieciństwo.

Nie jestem nawet w połowie tematów które chciałam poruszyć, ale resztę zostawię na kiedy indziej.

Życzę Wam optymizmu (zaczynam rozumieć co to).

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s